| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Kategorie: Wszystkie | On i ona | On zadaje pytania
RSS
środa, 23 stycznia 2008
Ścieżka jej zapachu

Przestaję być sobą. Przestaję być. Przestaję. Lekko mrużąc oczy, zasłaniając się lekkim gestem przed jasnym, zimowym słońcem, wyciągnęła dłoń, slow motion. Rękaw bluzki zaszeleścił. Rzęsy opadły długim cieniem smagając kości policzkowe. Rzucał się, wszystkimi możliwymi zmysłami na wydłużające się i znikające smugi cieni. Potem widział jej gęste włosy falujące zapachem. Szedł ścieżką jej zapachu. Powoli. Odwróciła się, ponaglając go. Podejdziesz? Pokazywała na rozłożonym segregatorze kolejne materiały. Zrobiłam draft. Czy można zamknąć się w czyimś zapachu? Tak, jak w bańce mydlanej i zagarnąć całą przenikniętą nią przestrzeń wyłącznie dla siebie?

Potem.

środa, 18 października 2006
Zostając na zawsze w formie wspomnienia.

Wchodził nieświadomie głębiej i zamykał się w niej. Zostając na zawsze w formie wspomnienia. Szarej pomiętej fotografii schowanej głęboko na dnie szuflady lub skórzanego kufra, do którego sięga się, co kilka lat, żeby znowu wrócić do prawdy. Którą nosi się najpierw miesiącami w kieszeni i szuka palcami. Dotyka i pokrywa kolejnymi śladami obecności. Jak podejrzany w komisariacie policji, w obliczu prawa, oddający potwierdzenie swojego indywidualizmu wpisanego w jeden naturalnej wielkości ślad. Ale wcześniej stawia się na półce. Stoi tam ukształtowana prostym kawałkiem drewna, aż do czasu. Co ja mówię, na początku było czekanie. Wyczekiwanie. Kłamię. Pierwsze były same słowa. Nie to nie prawda. Spotkanie. Stąd pochodzą ludzie cicho stąpający wieczorami po drewnianych parkietach, mówiących ich krokami o tęsknocie, o pragnieniu. Bez definicji i z przyszłością głęboko zakorzenioną w przeszłości. Tak jak ta kobieta wpatrzona w przezroczystą, zimową przestrzeń za oknem.  

poniedziałek, 16 października 2006
Jechał do niej.

Uciekł w niebieską poświatę tuż przed przebudzeniem dnia. Świat odmierzał równomiernymi krokami takt marzeń. Przed zamkniętymi powiekami rozgrywało się drugie życie, paralelna rzeczywistość. Ludzie przenikali się wzajemnie. Spotkania odbywały się samoistnie i rozpływały nagle. Zobaczył dom, drewnianą chatę z werandą. Na lewo sen krystalizował tafle jeziora i chybocącą się leniwie łódź. Nad jeziorem panowała gęsta noc. Jakieś dalekie dźwięki szczekających psów poderwały kogoś do okna. Framuga uchyliła się, ale nie mógł dostrzec z tej odległości właściciela twarzy. Dosłyszał wyłącznie czyjeś szybkie kroki biegnących stóp po schodach. Drzwi otworzyły się i wyszła grupa ludzi. Ktoś zapalił lampy. Weranda rozświetliła się miękkim światłem. Duża kolorowa piłka potoczyła się w dół ścieżki biegnącej do jeziora. Ktoś po nią pobiegł. Osobie towarzyszył pies. Tamci na werandzie rozstawiali talerze. Poczuł zapach kawy, cynamonu i czegoś jeszcze. Jakiś znajomy mu zapach, którego nie potrafił zidentyfikować. Śmiali się i o czymś opowiadali głośno. Zobaczył, że jedną z tych postaci przy stole był on sam. Reszta we mgle. Odwrócił się. Zmierzali w stronę zamarzniętej tafli jeziora. Zmrużył oczy od oślepiającej bieli. Słońce świeciło mu prosto w oczy. Patrzył jak rozgarniają śnieg. Wkładają łyżwy i zataczają kręgi głośno się nawołując. Odwrócił się i w tylnej szybie autobusu zobaczył oddalające się budynki miasta. Za chwilę wjedzie na most łączący wyspy. Po zamarzniętej tafli morza spacerowali ludzie. Jechał do niej.

środa, 11 października 2006
Zastępy aniołów krążyły, połyskując metalicznymi obliczami.

Była to ucieczka, czy powrót pierwszych rodziców w ekstatycznym uścisku smaków, zapachów. Uderzał dłońmi, krzyczał głośną, unoszącą się wonią. Zastępy aniołów krążyły, połyskując metalicznymi obliczami. Szeleściła biel silnych, olbrzymich skrzydeł. Zataczały coraz węższe kręgi. Drobinki pyłu opuszczały się zrezygnowanym ruchem w tę odległą ziemską nicość. Anioły mają srebrzyste oczy. A on stał tam, nagi, głodny jeszcze jednej porcji rozkoszy. Przyglądał się sobie w tych utkwionych w nich obliczach. Na co oni czekają? Wymieniał spojrzenia z tymi wielkimi ptakami. Bo niewierni nie wierzą w anioły. A podobno wystarczy mocno zacisnąć oczy i spojrzeć daleko w siebie. Tam gdzie kończą się wszelkie drogi a zaczyna człowiek i jego marzenia. Tam dostajemy skrzydeł. Ale kto by patrzył tak daleko?

wtorek, 10 października 2006
Potem kupiłem orchideę i obrazy

Zostawiam siebie tam skąd przychodzę do ciebie. Kilkanaście metrów kwadratowych nie rozpakowanych pudeł, nie pomalowanych ścian o obszarpanych tapetach. Metry nie zapełnionej przestrzeni. Najpierw myślałem o kolorze, który pasowałby do ciebie i wybrałem jasnoniebieskie liście na białym tle. Potem kupiłem orchideę i obrazy, które miałaś mi pomoc rozwiesić. Bałem się oprawić twoje zdjęcia, więc powiesiłem te, które kiedyś dostałem od kogoś innego. It's my place.

poniedziałek, 09 października 2006
Stał i wyrywał kartki z książki, z ich książki

Chciała ją odszukać. Ubierała się w pośpiechu i ciszy, żeby go nie zbudzić. Drzwi do świątyni stały uchylone. Stał tam. Odwróciła się gwałtownie, przecież to nie możliwe. Stał i wyrywał kartki z książki, z ich książki. "Nie ma!". Pokazał na porozrzucane stronnice. "Naszej modlitwy nie ma. A wiesz, co to znaczy?! To znaczy, że to wszystko nieprawda."

sobota, 07 października 2006
Największy szacunek w mężczyźnie zdobywa kobieta, która nie wraca

Mężczyźni wracają po latach nie po to, żeby utwierdzić kobietę w przekonaniu, że jest jedyna, wspaniała, niepowtarzalna. Mechanizm jest inny. Wracają, bo kiepści się im w życiu. Bo dostali kosza. Bo opuściła ich kobieta. Bo nie mogą z nikim się umówić. Różnie bywa. Więc odszukują te, które gdzieś, kiedyś były ich, były w nich zapatrzone, ślepo zauroczone. Odszukują je, kuszą niedopowiedzeniem, omotują czułymi słówkami, tak długo aż zobaczą ten ogień w ich oczach, aż się utwierdzą w swojej własnej niepowtarzalności. Aż kobieta zawiśnie u ich szyi z jednoznacznym "tak, chcę". Wówczas on wyplącze się z tego niekontrolowanego uścisku, żeby powiedzieć "Ale co chcesz, bo nie rozumiem?".

Bo chodzi o to, żeby odzyskać utraconą wiarę. W siebie, w swoje męstwo, w swój urok. Zastanawiam się, dlaczego kobiety z takim uporem nie chcą dostrzec, że mężczyzna tylko wyjątkowo nie jest egoistą, tylko wyjątkowo myśli częściej o swojej kobiecie, niż o sobie. Gdyby naprawdę chciał wrócić, żeby ją dla odmiany uszczęśliwić, a nie tylko zaspokoić potrzebę sprawdzenia się, to zdobyłby się na fantazję, na gest, na szaleństwo. Zdobyłby się na to, żeby dać jej dzień po dniu świadomość tego, że jest niepowtarzalna. Przesłałby jej kwiaty i postarałby się, żeby dostała je wtedy, kiedy wszyscy patrzą. Nie wyjąłby cichcem, pod kurtką schowanego samotnego patyka. Zaprosiłby ją na film, a przed projekcją przekupiłby pracownika kina, żeby wyświetlił napis "Ten film jest dla Ciebie, jej imię".

Jest tyle pomysłów na zaskoczenie kobiety, którą naprawdę się kocha.

Największy szacunek w mężczyźnie zdobywa kobieta, która nie wraca. Będzie ją wspominał przy różnych okazjach, będzie do niej porównywał swoją dziewczynę, potem żonę. Będzie się do końca życia zastanawiał, a co by było, gdyby...

Mówi się, że mężczyznę trzeba wychować na mężczyznę. To prawda. Jeżeli mężczyzna wie, że może niby być z kobietą, czasem się umówić, być z nią na niedomówieniach, zostawić i wrócić, to zawsze będzie ją traktował, jak wyjście awaryjne. Odmówi mu, będzie chciała więcej, zadzwoni do drugiej. Odczeka i spróbuje znowu. A jeżeli ona znowu wróci, to...i tak w kółko.

piątek, 06 października 2006
Ciepło palców szukało przejścia przez splątane włosy.

Ich twarze różowiła dziwna poświata. Czy ona tak zawsze? Patrzy na nas. Gałęzie drzew rozczesywały lekkimi szarpnięciami przestrzeń między nimi a nią. Wydaje ci się. Chodź. Ta biel, wszędzie czysta, nietknięta biel. I cisza. A ona tam taka kolorowa. Jak po długim biegu w deszczu. Zielone oczy pokrywał róż policzków, i ta biel wszystkiego. Wziął jej twarz w dłonie i przesłonił sobą kolory. Ciepło palców szukało przejścia przez splątane włosy. Leżały i pachniały morelami. Zamykał jej zapach w sobie. Jadł ten zapach coraz łapczywiej. Taki wyścig. Co z tobą, usłyszał? Płakał, bo nie wiedział, że ten zapach już tylko on pamięta, że wypełnia już wyłącznie jego wyobraźnię, że znikł razem z nimi. Modlił się modlitwą niewiernych: Hur lange skall du gloma mik, Herre?/hur lange skall du dolja dit ansikte?/ hur lange skall tankarna mala,/mit hjarta angslas dag efter dag? Powtarzał słowa modląc się razem z dziewczyną na niebie. Kim jesteś? Jestem sobą. Kim będziesz? Będę nią.

czwartek, 05 października 2006
Rzucił garść śniegu i mówili razem

Chodź. Na lewo od wyjścia, stał budynek oświetlony na niebiesko, zabarwiony gdzieniegdzie granatem. Wewnątrz nisko ustawione światła. Mrok rozrzucony niedbale. Na końcu dwa stopnie. Uklęknął. Dłoń przerzucała czyjeś myśli, z których zaczął czytać. Lecz najpierw, pomyśl. To będzie nasza modlitwa. Na losu chybił, na raz i na zawsze. A my uwierzymy nawet teraz nie rozumiejąc, w co. I czytał. Hur lange skall du gloma mik, Herre?/hur lange skall du dolja dit ansikte?/ hur lange skall tankarna mala,/mit hjarta angslas dag efter dag?Musimy zapamiętać te słowa. I zawsze nimi mówić. I nigdy nie zapomnieć. A co jeśli to przekleństwo? To niemożliwe. A teraz powtarzaj te słowa za mną. Ja, i mówił słowa modlitwy. A teraz twoja kolej. Ja, pytała wzrokiem, czy dobrze. Rzucił garść śniegu i mówili razem "hur lange skall tankarna mala, mit hjarta angslas dag efter dag?" To nasza przysięga, i tylko ona może nas rozdzielić. Zapisał dziwne słowa na kartce papieru i spalił. Popiół zburzył harmonię bieli. W drzwiach odwróciła się jeszcze raz. Drobne plamy na ołtarzu wydawały się powiększać, ale to tylko gra świateł, pomyślała. Zamknęła drzwi, które cicho prześliznęły się po śniegu. Powoli przyjmując jej dar. Lśnił tam małym kręgiem.

środa, 04 października 2006
Pokryci kilkoma warstwami odgradzającymi ich od chłodnego uśmiechu lodu.

Loża na drugim balkonie przykryta skórami reniferów. Pokryci kilkoma warstwami odgradzającymi ich od chłodnego uśmiechu lodu. Srebrzysty deszcz włosów Ofelii smagał gniew jej ojca. Szeleściła całą sobą, znikała, pojawiali się posłańcy. Wiec jednak królowa Śniegu istnieje. Nawet jej słowa były białe i chłodne. Ogień pochodni rozciągał sylwetki do monstrualnych postaci. Oddawały hołd El Greco. Unosił te cienie, w tańcu zdań, w dziwnym, niezrozumiałym języku.

 
1 , 2 , 3